RZYMSKOKATOLICKA PARAFIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY
KRÓLOWEJ POLSKI w CZERNICY
__________________________________________________________________________________________________________________

Artykuły archiwalne Znaku Pokoju  -  260/2024  /  Boże Narodzenie - styczeń

 

Kliknij w miniaturę okładki, aby przejść do dużego formatu


Spis streści:

- Życzenia świąteczne

- Miejsce znaczone gwiazdą
- Grota
- Czwarty król
- U`RWISowy Mikołaj
- Wiersze
- Barbórka
- Wspomnienie o ojcu Antonim Koszorzu
- Jubileusz ks. kanonika Zygfryda Strokosza
-
Z serca pochodzi serdeczność i miłosierdzie

- Lekcja historii Śląska i Ślązaków
- Nekrolog

Życzenia świąteczne

Drodzy Parafianie

Piękna i głęboka Tajemnica Bożego Narodzenia staje się po raz kolejny naszym udziałem.
Św. Jan Paweł II tak wołał: „Radość Bożego Narodzenia, z jaką witamy przyjście Zbawiciela,
niech napełni wszystkich ufnością w moc prawdy i cierpliwą wytrwałością w czynieniu dobra.
Do każdego z nas niech dotrze Boże orędzie z Betlejem: «Nie bójcie się!”.

W atmosferze przepełnionej dziękczynieniem składanym Panu Bogu za dar Bożego Narodzenia
prosimy przyjmijcie - drodzy Parafianie - najserdeczniejsze życzenia:

Niech Chrystus, przychodzący do człowieka, obdarowuje Was swoją łaską,
pokojem oraz potrzebnymi ludzkimi siłami i zdrowiem.
Matka Najświętsza niech wyprasza dary nieba i niech nam zawsze ukazuje Chrystusa,
nowonarodzonego Zbawiciela świata.

Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia, wielu dobrych,
dzielonych z najbliższymi chwil radości, pokoju i wzruszenia,
nie tylko w świątecznym czasie, ale i każdego dnia Nowego 2024 Roku.

Wasi duszpasterze oraz
Zespół redakcyjny Znaku Pokoju

Do spisu treści

Miejsce znaczone gwiazdą

Betlejem. Za szarym murem miasta biel domów. Hotele przeplatają się ze szkołami, kościołami i prywatnymi domami. Sprzedawcy pamiątek zapraszają do sklepów. Na Placu Żłóbka przyozdobiona świecidełkami choinka. Jak to miejsce mogło wyglądać w czasach narodzin Pana Jezusa? Gdzie mogła się zatrzymać Święta Rodzina?

Święte prawo gościnności. Ten, kto w czasach biblijnych szedł przez pustynię, mógł szukać schronienia w cieniu namiotu rozbitego przez nomadów. Gościny udzielano chętnie. Wskazuje na to historia opisująca Abrahama zapraszającego do swego namiotu trzech wędrowców. Prawo gościnności było uznawane za święte. Jest ono i dziś przestrzegane przez wielu ludzi Bliskiego Wschodu, którzy są gotowi udzielić gościny – umożliwić odpoczynek, dać kubek wody czy aromatycznej kawy. Pustynny namiot był gościnny, ale skromny. Podróżujący mogli liczyć czasem na nieco lepsze warunki. Oferowały je gospody znajdujące się nieopodal głównych dróg, a czasem i w miastach. Można w nich było pokrzepić siły, spożyć posiłek czy przenocować, ale za taki luksus trzeba było zapłacić.

 

O gospodzie w mieście mówi Jezusowa przypowieść o dobrym Samarytaninie. Warunkiem skorzystania z noclegu były: wolne miejsce w gospodzie oraz wniesienie odpowiedniej opłaty. Dla Żydów istniała jeszcze jedna możliwość. Było nią pomieszczenie dla wędrowców budowane przy niektórych synagogach. Ale i tam nie zawsze można było się zatrzymać. Od nocujących oczekiwano zachowania pełnej czystości rytualnej, to zaś w sytuacji kobiety spodziewającej się rychłego rozwiązania stanowiło spory problem.

Co w takim razie mogła zastać w Betlejem Święta Rodzina? Mimo bliskości Jerozolimy miasto nie odznaczało się wielkim splendorem. Już osiem wieków przed Chrystusem prorok Micheasz mówił o nim jako o miejscu uznawanym za jedno z najlichszych (Mi 5,1). Betlejem było miastem zamieszkałym przez ubogich. Ich domy najczęściej składały się z jednego pomieszczenia. Masywne drzwi strzegły życia domowników i ich mienia. Nie otwierano ich bez potrzeby. Jeśli chciano sprawdzić, kim jest ten, kto dobija się do drzwi, proszono go, by wsunął rękę przez otwór w progu. Tak rozpoznawano znajomych. Do obcych odnoszono się z nieufnością. Wnętrze domu było podzielone na pomieszczenia dla zwierząt i ludzi. To pierwsze znajdowało się z lewej strony. W jednej części stały owce i kozy, w drugiej przywiązywano osła. Tam też przebywało bydło. Osioł nie tylko odpoczywał – pełnił też funkcję strażnika. W sytuacjach budzących niepokój zwierzę głośnym rykiem budziło wszystkich domowników. Z racji obecności zwierząt miejsce do spania dla ludzi znajdowało się w górnym pomieszczeniu. Do spania służyły maty rozkładane na noc. Na dzień je zwijano i umieszczano pod ścianą. Tutaj też spożywano posiłek.

Kamienny budynek to niejedyna model domów mieszkalnych. Tereny Judei, to w sporej części góry. W białym wapieniu znajdują się liczne groty. Służyły one za magazyn lub pomieszczenie dla zwierząt. Bywało, że takie groty stanowiły mieszkanie dla ludzi ubogich, niekiedy też pasterze wykorzystywali je jako miejsce. Wystarczyło przed zagłębieniem w skale postawić mur z kamieni i już stawało się ono miejscem nadającym się do tego, by bezpiecznie przeczekać chłód nocy lub spiekotę dnia.

Być może taka, lub podobna grota, dała schronienie Maryi i Józefowi oraz nowo narodzonemu Jezusowi. Z racji spisu ludności musieli oni wyruszyć w podróż; termin spisu narzucał datę pojawienia się w Betlejem. Maryja mogła wprawdzie zostać w domu, ale pozostawienie Jej samej sobie było równie ryzykowne jak wspólna podróż, ta jednak dawała Józefowi gwarancję opieki nad Matką. Mógł być blisko Niej. Możliwe zatem, że ktoś, kto zdecydował się udzielić im schronienia, dał im do dyspozycji pomieszczenie przeznaczone dla zwierząt. Mogła to być grota, która dawała choć odrobinę intymności na czas porodu. I tak żłób mógł się stać kołyską dla Pana Jezusa. W całym bałaganie pomieszczeń mieszkalnych, wynikającym z codziennych warunków, było to miejsce najczystsze, bo wylizane do ostatniego źdźbła przez szukające w nim pokarmu zwierzęta.

Ewangelia wspomina, że Mędrcy zobaczyli gwiazdę, która ich prowadziła, wspomina o szczególnym znaku danym od Boga, zapowiadanym już przez proroka Balaama. Trudno dopatrywać się tu astronomicznych wyjaśnień i prawidłowości. Gdyby chodziło o kometę czy koniunkcję planet - jasnych punktów na niebie (jak czasem próbuje się interpretować gwiazdę), te znaki nie prowadziłyby one Magów ze Wschodu i zatrzymałyby się nad miejscem narodzenia. Musiał to zatem być znak „poza naturą”, jak na przykład znak wirującego słońca w Fatimie. Dzięki gwieździe w Nowonarodzonym rozpoznali Króla Izraela, którego szukali; Zbawiciela, za którym tęsknił cały świat. W noc narodzin anioł wezwał pasterzy do Betlejem. Poszli do miasta Dawida, by odnaleźć Mesjasza. Obecność pasterzy w miejscu, gdzie trzymano zwierzęta, nie dziwi, szczególnie gdy miejscem schronienia byłaby pasterska grota. W Synu Maryi rozpoznali obiecanego Chrystusa. Uznali, że swe odkrycie zawdzięczają łasce Boga, która poruszyła ich serca na widok Świętej Rodziny. Dlatego o swym przybyciu opowiedzieli jako o wezwaniu Boga.

Czy tak mogło być? Ewangeliści, mówiąc o narodzeniu Pana, wskazują jedynie podstawowe informacje, by poprowadzić nas do spotkania z Jezusem i wzbudzić wiarę w naszych sercach. I to jest najważniejsze. Próbujemy odnaleźć dawne ślady nie po to, by umniejszać wielkość Tajemnicy Bożego Narodzenia, ale by zobaczyć, że dokonała się ona pośród ludzkiej codzienności, tak jak dziś rozgrywa się w naszych kościołach podczas każdej Mszy świętej. Uczestniczący w niej przyjmują Go do swych serc. Jedni zabierają Go ze sobą do mieszkania w bloku czy do domu rodzinnego. W ten sposób każde z tych miejsc staje się Miejscem Narodzenia, gdzie Bóg chce na stałe zamieszkać pośród nas.

W oparciu o tekst ks. Krzysztofa Kowalika, doktora biblistyki,
opracował ks. Eugeniusz

Do spisu treści

Grota

Według najstarszej tradycji chrześcijańskiej Jezus Chrystus narodził się w grocie. O grocie lub też pieczarze wspominają najstarsze pisma chrześcijańskie zwane apokryfami opisujący narodzenie Jezusa. Okolice Betlejem to teren pagórkowaty położony w skałach. Jest wśród nich wiele zagłębień, które tworzą naturalne groty. Są i takie, które pogłębiali okoliczni mieszkańcy. Grota była więc mało wygodnym mniej wygodnym miejscem, dalekim od komfortu ówczesnej gospody. Było to raczej jedno z tych zagłębień, do którego w razie niepogody, także na noc, zapędzano wypasane na zboczach stada.

Trudno sobie wyobrazić, jak mogła wyglądać taka grota. Warto wiec udać się kilka kilometrów na wschód od tego miejsca do Beit Sachur, by wyrobić sobie obraz. Centrum tej osady stanowi dziś nowe osiedle domów, wśród których łatwo zauważyć te, które należą do chrześcijan. Mają bowiem nad drzwiami figurkę płaskorzeźbę, przedstawiającą najczęściej świętego Jerzego walczącego ze smokiem. Pomiędzy nimi można znaleźć wejście na zadbany teren nazywany Polem Pasterzy. W jego centrum stoi dziś pochodzący z połowy XX wieku kościół, zaprojektowany, jak wiele sakralnych obiektów. Architekt zadbał o to, by symbolika świątyni oddawała charakter miejsca. Znajdziemy tam aniołów i scenę ogłoszenia pasterzom nowiny o Narodzeniu Pańskim, a także jak wyruszają do Betlejem, by zobaczyć Dziecię.

Gdy miniemy kościół, zauważymy wejście do groty. Grota chroni przed wiatrem i deszczem , przenikliwym chłodem. W takich właśnie warunkach, przyszedł na świat nasz Zbawiciel. Pasterze, którzy zostali powiadomieni przez anioła o tym wielkim wydarzeniu, przebywali w pobliżu groty. Święty Łukasz, który opisuje tę scenę, nie wymienia żadnej nazwy, jej umiejscowienie wynika z tradycji. Ale zapewne zdarzyło się to w tym miejscu. Jasność i chóry anielskie, które towarzyszyły zdarzeniu, rozjaśniły ciemna i cicha noc, położonego poza miastem pola. Pasterze zaskoczeni blaskiem, którego nie można się było spodziewać na tym odludziu, wystraszyli się bardzo, podobnie jak Maryja, gdy przeszedł do Niej anioł, albo jak Zachariasz, gdy zobaczył Gabriela w świątyni, podobnie jak Maryja, gdy przyszedł do Niej anioł.

Zachariasz był człowiekiem prawym, Maryja czystą i niewinną dziewczyną, ale dla ówczesnych odbiorców w pobliżu Betlejem, trudno zaliczyć do towarzystwa budzącego zaufanie. Wśród pasterzy nie brakowało wyrzutków, ludzi z trudną przeszłością. Nieobca była czasem ich przemoc i różne niechlubne sprawy. Twardy charakter był potrzebny przy zmaganiu się z czyhającymi na opiekunów stad, pchała ich czasem do przekraczania prawa i zasad moralnych. Chrześcijanie prawosławni, podtrzymują piękną tradycję o pasterzach z okolic Betlejem. Przekazują, że kilku z nich pochowano później w miejscu gdzie usłyszeli wiadomość życia. Dlatego tez do dziś Grecy w okolicach Betlejem troszczą się o grób uznawany za mogiłę tych właśnie opiekunów stada.

Kiedy pasterze udali się do miejsca, które wskazał im anioł, zobaczyli Nowo Narodzonego oraz Maryję i Józefa. Matka Jezusa jest źródłem wiedzy o początku ziemskiego życia Zbawiciela. Król i Zbawiciel rodzi się w grocie w ubóstwie i bez wygód, jakby wyrzucony poza społeczność. Po wiekach miejsce Jego narodzenia wyłożone jest marmurem a tłok panuje tu większy niż gospodzie w której zabrakło miejsca dla Jego rodziców.

Ks. Ryszard

Do spisu treści

Czwarty król

Mówią, że był i czwarty król, który zobaczył gwiazdę zwiastującą Jezusa i zapragnął złożyć nowonarodzonemu Królowi żydowskiemu pokłon. Wiedział, że to ma być Król Miłości. I gdy myślał o tym, jaki dar Mu przynieść, przypomniał sobie o największym swoim skarbie przechowywanym z całą pieczołowitością. To był ogromny rubin o przepięknym czerwonym kolorze. Otrzymał ten kamień od ojca przy swoim urodzeniu.
Wiedział, że do kraju żydowskiego jest daleka i trudna droga. Wybrał najlepsze wielbłądy i osły, najlepsze sługi. Polecił naładować na zwierzęta zapasy wody, jedzenia, ubrania na daleką drogę. Wziął ze sobą dużą sumę pieniędzy. Zawiesił rubin w sakiewce na szyi i pojechał.
Gwiazda wskazywała drogę. Dopóki jechał przez swój kraj, wszystko było jasne i proste. Ludzie znali go dobrze. Znali jego mądrość, jego wielkie serce. Pozdrawiali go z miłością i życzliwością. Zmieniło się potem, gdy wszedł w obce kraje. Zmieniło się nie tylko dlatego, że to był obcy świat, obcy ludzie, obcy język, ale dlatego, że napotkał na rzeczy, których nie spodziewał się spotkać.
Po jakimś czasie wjechał w kraj nawiedzony suszą. Zobaczył spalone pola, spalone lasy, uschłe drzewa, ziemię przepaloną na proch. Napotkał wsie nawiedzone klęską głodu. Ludzi wyschłych z wycieńczenia, żebrzących o garść strawy, umierających z głodu. Zaczął rozdawać to, co miał ze sobą - jedzenie, wodę. W którymś momencie zawahał się: gdy rozdam wszystko, czy potrafię dojechać do Jezusa. Ale wahał się tylko chwilę. Jakby poczuł ogień rubinu, który nosił na piersi. Przecież jeżeli Ten, do którego jadę, jest Królem Miłości, nie mogę postępować inaczej. Rozdał wszystko.
Ale to jego "wszystko" było za mało. Trzeba było rozpocząć jakąś akcję pomocy głodującemu krajowi zakrojoną na szerszą skalę. Wrócił w kraj żyzny i bogaty. Zorganizował pomoc. Jego karawana zajęła się transportem żywności i wody w kraje nawiedzone suszą. I dopiero gdy ta akcja odniosła skutek, gdy zapobiegł głodowi i śmierci, i gdy pieniądze skończyły się, zdecydował się iść w dalszą drogę. Gwiazda go prowadziła.
Zdawało mu się, że już nie będzie przeszkód, że chociaż był spóźniony, to jednak zdąży do nowo narodzonego Króla żydowskiego, aby Mu złożyć pokłon. Ale tak nie było. Po krótkim okresie spokojnego marszu napotkał wieś, nad którą wisiał na drągu czarny strzęp chorągwi. Znak, że tam panuje "czarna śmierć" - cholera. Zresztą nie było się temu co dziwić. Głodowi towarzyszy jak cień ta zaraźliwa choroba. I musiał powtórnie wybierać: wjechać w tę wieś, czy ominąć ją z daleka i zdążać jak najprędzej do kraju żydowskiego, gdzie się narodził Król. Buntowało się w nim wszystko. Był zmęczony, ogołocony z pieniędzy, żywności. Zostały mu tylko wierzchowce i wierni słudzy. Ale i oni najwyraźniej byli wycieńczeni ponad granice swoich możliwości. I znowu ta sama przyszła odpowiedź: jeżeli to jest Król Miłości, ja nie mogę przejść obojętnie wobec nędzy ludzkiej. I tak wjechał ze swoją karawaną w zagrożoną wieś.
To, co zobaczył, przekraczało jego najgorsze wyobrażenia. Przy drodze i na drodze leżały sczerniałe trupy ludzkie. Smród rozkładających się ciał wisiał w powietrzu. Konie płoszyły się, wielbłądy stulały uszy. Przerażeni słudzy patrzyli na ten straszny widok. Wieś wyglądała jak wymarła. Zdawało się, że nikt nie pozostał przy życiu. Zawahał się: może ktoś jednak jeszcze żyje w tych domach. Podniósł rękę do góry. - Zatrzymać się - rozkazał.
Karawana stanęła. Zawołał po raz drugi:
- Uciszcie się.
Nadsłuchiwali. I nagle w pierwszym, tuż obok drogi stojącym domu, posłyszeli jakieś słabe wołanie, ale w tej ciszy umarłej wsi dostatecznie wyraźne. I wtedy się zdecydował. Zaczął schodzić z wielbłąda. Słudzy patrzyli z zapartym tchem jak dotknął stopą skażonej ziemi. Odwrócił się do nich i powiedział:
- Kto chce, niech odjedzie. Macie wolną rękę. Kto chce, niech mi towarzyszy. Ja tutaj zostanę, ażeby pomóc tym ludziom, którzy jeszcze żyją.
Wszedł do pierwszej chaty. I pozostał, aby pomagać ciężko chorym ludziom.
Towarzyszyło mu kilku sług. Od rana do wieczora szedł od domu do domu, przynosił jedzenie, podawał wodę, wynosił spod chorych brudne prześcieradła. Opiekował się, leczył jak tylko umiał. Gdy mu pozostawała chwila czasu, kopał doły i chował zmarłych. Tak płynął dzień za dniem, tydzień za tygodniem na tej ciężkiej pracy.
Aż któregoś dnia poczuł, że słabnie, że go gorączka ogarnia. Zaczęły mu latać przed oczami czerwone płaty. Zrozumiał, że się zaraził. Ale do końca, ile mu tylko sił jeszcze starczyło, chodził i pomagał ludziom, aż w którymś momencie stracił przytomność i upadł. Nie wiedział, kiedy jakieś litościwe ręce zaciągnęły go na barłóg, nie wiedział, kto mu podawał wodę i jedzenie, kto się nim opiekował w czasie, gdy leżał w wysokiej gorączce.
Nie zdawał sobie sprawy, jak długo chorował. Gdy się obudził, jedno zrozumiał, że żyje, że przetrzymał, nie umarł. Ale był bardzo słaby. W pierwszych dniach nie mógł jeszcze wstawać. Potem zaczął powoli chodzić po izbie, potem wreszcie po podwórku. Nie było przy nim nikogo ze sług. Może odjechali, może poumierali. Patrzył na budzącą się do życia wieś.
Ludzie nie rozpoznawali w nim króla. Ani nawet wybawcy. Wtedy, kiedy ratował ich wraz ze swoimi sługami, oni leżeli nieprzytomni, nieświadomi tego, co się wokół nich dzieje. Teraz widzieli w nim przybysza - nędzarza, któremu trzeba pomagać. Ale to dla niego nie było ważne. Nie było nawet ważne i to, że traktowali go jak żebraka, jak włóczęgę. Faktycznie nie przypominał w niczym ani króla, ani człowieka zamożnego. Odzienie było w strzępach, on sam zmęczony, wycieńczony.
Namyślał się, co robić - wracać do swojego kraju czy iść, aby spotkać Jezusa, Króla żydowskiego. Czy jest sens iść dalej, za gwiazdą. Już tyle lat minęło, gdy ją ujrzał po raz pierwszy. Jego czarna broda stała się srebrzysta, jego mięśnie zwiotczały, skóra się pomarszczyła. Ale gwiazda wciąż świeciła. Zdecydował się iść dalej. Miał przecież jeszcze zawieszony na szyi najdroższy skarb - najwspanialszy rubin, który chciał Jezusowi złożyć w ofierze.
I poszedł. Nie miał pieniędzy, wobec tego najmował się do roboty, aby zapracować na pożywienie i na nocleg. Szedł od wsi do wsi, od miasta do miasta. Powoli, bo i słaby był, powoli, bo i trzeba było pracować.
Aż razu pewnego wszedł w wielkie miasto - znowu obce mu, z obcym językiem, z obcymi zwyczajami - chciał je przejść jak najprędzej. Nie lubił hałasu, krzątaniny. Ale patrzył ciekawie na wszystko, co się wokół działo. Doszedł do wielkiego placu na rynku, gdzie odbywał się targ. Sprzedawano i kupowano bydło - kozy, owce, konie, wielbłądy. Szedł dalej i napotkał targ, gdzie sprzedawano ludzi. W jego państwie takich zwyczajów nie było. Patrzył zdziwiony i przerażony. I naraz wśród niewolników przeznaczonych na sprzedaż zobaczył gromadę ludzi podobnych do jego poddanych. Podszedł bliżej. Tak, nie mylił się. Dosłyszał, że mówią jego językiem. To byli jego rodacy. Teraz stali na podwyższeniu, spętani powrozami jak zwierzęta. Przyglądał się im. Duża grupa: mężczyźni, kobiety, dzieci, starcy. Domyślił się, że jakiś nieprzyjaciel napadł na jego kraj, porwał ludzi, a teraz jak bydło sprzedaje na targu. Ból ścisnął mu serce. Chciał im pomóc, ale nie miał jak. Przecież nie miał pieniędzy, aby ich wykupić i uwolnić.
I wtedy przypomniał sobie o skarbie, który nosił na szyi. O rubinie, symbolu miłości, który miał zanieść Jezusowi. Jeszcze się zawahał: przecież to nie mój, to już jest Jego. Ja Mu go już podarowałem. Ale równocześnie pojawiła się odpowiedź: a co On by zrobił, gdyby ujrzał tych biednych ludzi? Bez wahania podszedł do handlarza i powiedział:
- Chcę kupić od ciebie tych ludzi.
Handlarz popatrzył się z pogardą na niego i odrzekł:
- Tyle pieniędzy, ile ja za nich muszę otrzymać, ty nawet nigdy w życiu nie widziałeś.
Wtedy król sięgnął po swój skarb. Wyciągnął z zanadrza sakiewkę. Pokazał handlarzowi rubin. Handlarz najwidoczniej znał się na drogich kamieniach, bo oczy zabłysły mu chciwością i spytał:
- Ile chcesz za ten kamień? On odpowiedział:
- Chcę tych ludzi.
- Weź sobie wszystkich - usłyszał.
Wtedy dał mu rubin Jezusa. Potem podszedł do swoich ludzi i powiedział im w swoim i w ich języku:
- Jesteście wolni, wracajcie do domu.
W pierwszej chwili wierzyć nie chcieli, popatrzyli na handlarza. Ten skinął głową. Gdy oni płacząc, śmiejąc się rzucali się sobie na szyję, król nie spostrzeżony przez nich odszedł. Nie wiedzieli, że to jest ich król. Zresztą nie poznaliby w tym żebraku swojego władcy.
Gdy wyszedł z miasta i powoli uspokajał się po tym wszystkim, co przeżył, zadał sobie pytanie: "Co teraz? Co teraz robić? Po co iść do Jerozolimy? Po co iść do stolicy państwa żydowskiego? Nie mam co przynieść temu nowemu Królowi żydowskiemu. Nowo narodzony Król żydowski jest już z pewnością dorosłym człowiekiem. Już tyle lat upłynęło od chwili, kiedy wyszedłem ze swojego państwa w tę daleką drogę. Po co iść? Co Mu powiem? Co Mu ofiaruję? Ale po co wracać do domu? W kraju z pewnością inny król rządzi".
Wieczorem odszukał swoją gwiazdę. Gwiazda świeciła. Zdecydował się iść dalej. Powiedział sobie: "Zobaczę, jak On rządzi, ten Król Miłości. Czy w Jego państwie naprawdę panuje Miłość? Jak On realizuje Miłość na co dzień? W ustawodawstwie, w prawie, w zwyczajach, które wprowadził?" I poszedł. Poszedł zobaczyć królestwo Miłości.
I znowu szedł tak jak przedtem od miasta do miasta, od wsi do wsi zarabiając na jedzenie i na nocleg pracą. Aż wreszcie doszedł do Jerozolimy. Zobaczył najpierw z daleka piękną, bielejącą murami świątynię na górze postawioną, potem mury Jerozolimy, którymi była stolica, opasana. Ale on widział piękniejsze i większe miasta niż to. Był ciekawy tego życia, które w nim się toczy, tych zwyczajów, które w nim panują. A może ten Król Miłości, tak jak nieraz inni ludzie, stał się zwyczajnym człowiekiem? Może zapomniał o Miłości? Może się zajmuje bogaceniem się? Może rządzi przemocą, silą?
Spostrzegł, że jego gwiazda gasła szybko. Zaniepokoił się. Nie wiedział, co to znaczy. Wszedł w miasto gwarne, burzliwe, żywiołowe. Zmęczony usiadł na progu jakiegoś domostwa. Był szczęśliwy, że wreszcie doszedł do celu swojej podróży.
Patrzył ciekawie na domy, kramy, przesuwające się przed jego oczami, aż naraz posłyszał z daleka jakiś hałas - drogą szedł orszak, pobłyskiwały hełmy i zbroje. Orszak się zbliżał coraz bardziej. Król wciąż nie wiedział, czy to jakaś procesja, czy pochód triumfalny. Aż nagle spostrzegł nad tłumem sterczące trzy belki. W pierwszej chwili nie chciał uwierzyć własnym oczom. Zadał sobie pytanie: "I tutaj istnieje kara śmierci i to najokrutniejsza kara śmierci przez ukrzyżowanie? W krainie rządzonej przez Króla Miłości?" Pochód przeciągał obok niego. Pomiędzy tłumem żołnierzy, gapiów szli dwaj pierwsi skazańcy. Potem nastąpiła przerwa. Po chwili pojawił się żołnierz trzymający w rękach tablicę, na której było napisane imię i wina, za którą trzeci skazaniec będzie ukarany śmiercią krzyżową. Powoli sylabizował tekst napisu: "Jezus Nazareński Król Żydowski" i gdy odczytywał to ogłoszenie, napisane w kilku językach, nagle odkrył z całym przerażeniem, że człowiek, którego tablica zapowiada, to jest Ten, do którego on wędrował przez tyle lat, że to On idzie teraz skazany na śmierć. Wciąż jeszcze nie rozumiał, wciąż był tak przerażony, że pojąć nawet nie mógł do końca sensu tego, co przeczytał. Wtedy pojawił się Jezus Nazareński, Król Żydowski. Z koroną cierniową na głowie, szedł zataczając się, wyczerpany, uginający się pod drzewem krzyża.
Gdy tak wpatrywał się wciąż jeszcze osłupiały w tę postać pochyloną pod krzyżem, spostrzegł nagle, że Jezus podchodzi do niego. I wtedy król zobaczył dokładnie Jego twarz zlaną potem i krwią. Zapatrzył się na krople krwi drżące na cierniach korony, bo przypomniały mu tamten jego rubin, który tak długo niósł do Jezusa. Dopiero po jakiejś chwili opamiętał się i zauważył, że Jezus na niego skierował swój wzrok. Król spotkał się z Jego spojrzeniem. Takich oczu jeszcze nigdy nie widział. To było pierwsze wrażenie. Ale następne było równie zaskakujące: w oczach Jezusa nie było nienawiści. Uderzyło go to tym bardziej, że przed chwilą przesunęły się przed nim straszne twarze pierwszych dwóch skazańców. I z kolei odkrył rzecz, która go przyprawiła o zdumienie: Jezus mu współczuje. Coś niepojętego: ten Człowiek skazany na śmierć, tak strasznie poraniony, zachowuje się tak, jakby nieważne było Jego własne cierpienie, ale jakby jedynie ważnym był on - stary król. Z najwyższym wzruszeniem wyczytał z oczu Jezusa, że On wie o wszystkim, o całej długiej drodze, jaką odbył do Niego, o tym, co przeszedł w tych długich latach wędrówki. Że to przyjmuje jako największy dar. Dar ważniejszy niż tysiące najpiękniejszych rubinów świata.

To wszystko trwało tylko moment, ale przepełniła go taka radość z tego spotkania z Jezusem, że serce mu pękło ze szczęścia.

ks. M. Maliński

Do spisu treści

U`RWISowy Mikołaj

5Jak co roku U`RWISowy Mikołaj odwiedzili sołectwa Naszej Gminy. W każdym sołectwie czekało na Niego sporo uśmiechniętych dzieci, niektóre przygotowały wierszyk lub piosenkę dla Mikołaja. Każde dziecko otrzymało słodki upominek.
Podziękowania dla Urzędu Gminy Gaszowice, Starostwa Powiatowego, lokalnych przedsiębiorców, radnych oraz sołtysów.

 
 
 

Do spisu treści

Wiersze

Kolędnicy

Po zawiei, po śnieżycy
Białą wsią, od chat
Wędrujemy, kolędnicy,
Rozśpiewani w cały świat.
 

|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|

Przy szopce

W Betlejem, w małej stajence
Nocą, gdy spał świat cały,
Najświętszej Maryi Panience
Narodził się Jezus mały.
 

  Grzmi kolęda noc wesoła
Raźno chrupie śniegu skrzyp.
Swoje twarze dookoła
Wyglądają spoza szyb.
 
  W Betlejem, w małej stajence,
Na miękkim leżąc sianeczku
Wyciągnął do wszystkich ręce
Jezus w małym żłóbeczku.
 
Idzie wsiami, zagonami,
Gdzie nam każdy sercem rad.
Cała Polska śpiewa z nami,
Każda chata, każdy sad,
 
W Betlejem, w małej stajence
Tam stali pastuszkowie.
Pokłon oddali Panience
I małemu Jezusowi.
  A witajcież, dobrzy ludzie,
Otwierajcie ścieżaj drzwi!
Przynosimy wieść o cudzie,
Co po całej ziemi grzmi.
 
 
Bóg się rodzi, moc truchleje,
Chodźcie z nami serca wznieść!
Przez śnieżycę, przez zawieję.
Przynosimy dobrą wieść!
 
 
  Dobrej woli pokój w świecie-
Dobrą wolę Bóg nam daj!
Podnieś rękę, Boże Dziecię,
Pobłogosław miły kraj.

Bronisława Ostrowska

 

Do spisu treści

Barbórka

4 grudnia, w dniu liturgicznego wspomnienia św. Barbary, brać górnicza, zarówno czynnie pracujący w górnictwie, jak i górnicy emeryci, obchodziła swoje święto patronalne. To piękne, rodzinne świętowanie rozpoczęło się od uroczystej Mszy świętej Barbórkowej.
Wszystkim górnikom raz jeszcze życzymy bezpiecznej pracy pod opieką świętej Patronki, a emerytom górniczym spokojnych lat w zdrowiu.

 

______________________________________________

Drodzy Górnicy, Szanowni Państwo!

Dzień Św. Barbary - patronki górników, to szczególna okazja do refleksji nad wieloletnią tradycją górnictwa w Polsce. W tym dniu pragnę przekazać wyrazy szacunku, uznania oraz podziękować za codzienne zaangażowanie górników i pracowników branży wydobywczej.

W tegoroczną Barbórkę życzę wszystkim Górnikom wszelkiej pomyślności,
sukcesów zawodowych i satysfakcji z realizowanych zadań.
Niech Św. Barbara nieustannie otacza Państwa opieką, zapewniając poczucie bezpieczeństwa.
Niech uroczystości Barbórkowe będą momentem odpoczynku i radości dla Braci Górniczej.


Wójt Gminy Gaszowice
Paweł Bugdol

Do spisu treści

Wspomnienie o ojcu Antonim Koszorzu

 
 

4 grudnia 2023 roku
zmarł o. Antoni Koszorz, werbista,
pochodzący z naszej parafii
zasłużony pionier
i animator życia misyjnego.

O. Antoni urodził się 18 stycznia 1933 w Czernicy. W roku 1948, mając 15 lat, wstąpił do Zgromadzenia Słowa Bożego (werbistów). Wieczystą profesję złożył 9 lutego 1957, a święcenia kapłańskie przyjął 7 lipca 1957 w Pieniężnie. Po ukończeniu studiów w latach 1959 -1962 na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (na wydziale filozofii chrześcijańskiej) został wykładowcą w macierzystym seminarium misyjnym w Pieniężnie.

Z tego miejsca w latach sześćdziesiątych wyjechali pierwsi polscy misjonarze (do Indonezji), co w czasach głębokiego komunizmu i jego prześladowania kościoła i duchownych było niezwykle trudne. I tutaj właśnie rozpoczęła się działalność o. Antoniego, związana z misjami, trwająca później dalszych kilkadziesiąt lat. Ojciec Antoni od połowy lat 60-tych zaczął wydawać Biuletyn Misyjny, zainicjował sympozja misyjne alumnów z całej Polski.

Dzięki swojej działalności uzyskał nominację na sekretarza Papieskiej Unii Duchowieństwa, a później na sekretarza Komisji Episkopatu Polski ds Misji. Powierzenie mu z kolei funkcji kierownika Biura Misyjnego Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce związane było z przenosinami do Warszawy i kolejnymi latami poświęconymi wytężonej pracy na rzecz misjonarek, misjonarzy i księży posługujących w różnych częściach świata (o. Antoni poznaje realia ich posługi m.in. poprzez podróż do Brazylii, Afryki, Indii)

W 1982 roku zostaje dyrektorem wydawnictwa Verbinum, (funkcję tę pełni do 1998 roku), i zakłada czasopismo Misjonarz. Pracowitość widoczna jest w życiu ojca Antoniego także w późniejszym, już emerytalnym czasie. Pod koniec lat 90-tych dostrzega dużą ilość imigrantów w Warszawie i dzięki jego staraniom w 2005 roku na poddaszu ośrodka misyjnego werbistów na warszawskiej Pradze powołany zostaje Ośrodek Migranta Fu Shenfu, którego jest organizatorem i kierownikiem. Zostaje także prezesem Stowarzyszenia Sinicum im. Michała Boyma SJ, które działa na rzecz Kościoła katolickiego w Chinach.

13 listopada 2017 r. o. Antoni Koszorz SVD – za szczególne i wybitne zasługi w dziele misyjnym – został uhonorowany medalem "Benemerenti in Opere Evangelizationis".

Życie ojca Antoniego Koszorza wypełnione było wierną służbą Bogu i ciężką, często w dziełach misyjnych pionierską, pracą. Swoją długą i piękną posługą dawał świadectwo prawdziwej wiary.

Pogrzeb ojca Antoniego Koszorza odbył się 9 grudnia w Nysie, gdzie na cmentarzu przy klasztorze ojców werbistów, zgodnie ze swoją wolą, o. Antoni spoczął.

Do spisu treści

Jubileusz ks. kanonika Zygfryda Strokosza

 

26 grudnia 2023 roku o 10. 30
odbyła się w naszym kościele msza święta
z okazji 65 rocznicy święceń kapłańskich
księdza kanonika Zygfryda Strokosza.

Poniżej, dla przypomnienia starszym parafianom i dla zapoznania się przez młodszych parafian z postacią tego kapłana, prezentujemy wywiad z pochodzącym z naszej parafii księdzem Zygfrydem Strokoszem.

 

 

Semper paratus -
Wywiad z ks. kan. Zygfrydem Strokoszem

Dwa krótkie słowa a jak wiele znaczą – zawsze gotowy. Jak czymś wielkim jest już sama świadomość, że ktoś nam bliski jest zawsze gotowy: gotowy nam do pomocy, poświęceń, służby, rozmowy, przyjaźni… Świadomość istnienia takiej gotowości w kimś wobec nas, jest wielkim darem, szczęściem, przywilejem. Nie często spotykamy takich ludzi, takich „szaleńców”, którzy bez rachunkowości ziemskiej gotowi będą do pomocy. Jednak, jak pokazuje życie, tacy też żyją, tacy są obok nas, takich spotykamy, nie zawsze tylko mamy tego świadomość. Ks. kan. Zygfryd Strokosz jest zawsze gotów do pomocy, którą niesie nie tylko w rezydującej parafii jako emeryt, lecz na każde zaproszenie, prośbę ks. Ryszarda Hirsza – proboszcza parafii Garczegorze. Chylę czoło i osobiście wyrażam w tym miejscu podziękowanie, iż dane mi było poznać tak wspaniałą, otwartą, szczerą, wierną Bogu i ludziom – osobę Księdza Kanonika.

1. Czcigodny Księże Kanoniku. Akurat jesteśmy w czasie wakacyjnym. Dla uczniów – rzeczywiście czas wolny od nauki, dla pracowników – czas urlopów, wypoczynku, zaś dla Księdza Kanonika – wydawać by się mogło, czas życiowego (emerytalnego) odpoczynku, a jednak, jak zauważyłem, wciąż rozpiera energia, radość życia, chęć pomocy i służby innym. Proszę powiedzieć na początku, co należy czynić a może, jak należy żyć, aby zachować taką świeżość ducha, umysłu i zdrowia fizycznego?

Jeśli mogę wyrazić radość a tym samym i wdzięczność za zdrowie, to jedynie Panu Bogu, to jest naprawdę wielka łaska od Niego. Szczerze mówiąc nigdy nie myślałem, że tak będzie w moim życiu, tzn. że dożyję tylu lat (81) (wywiad z 2012 roku) i będę posiadał taką sprawność. Ale nie ukrywam, że zawsze wychodziłem z założenia, że ten, kto nie pracuje – szybciej się starzeje. Zatem staram się pracować. Posługa innym to realizacja samego siebie. Ludzie czekają na to, aby kapłan dawał przykład pracowitości. Stąd nie mogę zaniechać tego obowiązku. Ludzie oczekują przykładu i doskonale wyczuwają, na ile kapłan sam pracuje, czym żyje. Przyznam, że zawsze do każdego wystąpienia się przygotowuję. Daje mi to wiele satysfakcji z tego, że mam pewne obowiązki, że ten obowiązek może być darem dla innych. Mam tę świadomość, odczucie, że Słowo Boże, które głosimy jest słuchane. Ludzie dobrze pamiętają to, co mówimy. Praca jest motorem życia a zarazem akumulatorem tegoż życia.

2. Przejdźmy jednak może do nieco wcześniejszych lat Księdza Kanonika. Wiem, że dzieciństwo przeżywane było na Śląsku. Proszę w kilku słowach powiedzieć, czy już wtedy Ksiądz Kanonik hartował ducha i ciało w jakiejś formie tam na Śląsku, że dziś jest tak wspaniała przykładna kondycja także dla wielu młodych? Chciałbym zapytać, jak wyglądało dzieciństwo i młodość?

Pochodzę z rodziny głęboko wierzącej. Do kościoła mieliśmy ponad 4 km. Doskonale pamiętam moją matkę, która codziennie modliła się, często przemierzała drogę do kościoła. Z kolei ojciec, który ciężko pracował w kopalni, po pracy wracał zmęczony, ale wieczorem oparty o krzesło zatapiał się w modlitwie. Dom rodzinny był domem modlitwy, i tutaj właśnie nauczyłem się modlitwy. Co prawda nigdy nie przypuszczałem, że będę kapłanem. Zawsze marzyłem, zawsze chciałem zostać leśnikiem, lecz Pan Bóg posłużył się wspaniałymi wychowawcami, także w szkole średniej, którzy niejednokrotnie powtarzali, że modlą się za mnie, abym został kapłanem. Dzielili się tym z moimi rodzicami podczas wywiadówek w szkole. Pewnego razu, będąc w kościele, ówczesny ksiądz proboszcz rodzinnej parafii wypowiedział znamienne zdanie, że już minęło wiele lat a nie ma kapłana z tej parafii. Pamiętam, jak jego apel poruszył głęboko moje serce. Niedługo później w kościele był czytany list ks. biskupa, w którym mowa była o potrzebie nowych kapłanów, aby chętni zgłaszali się do seminarium. Wracając z tej Mszy św. mój wujek spojrzał na mnie i powiedział: „słyszałeś, co było czytane dziś w kościele?”. Dwa dni później pojechałem do seminarium duchownego do Gorzowa Wielkopolskiego nikomu nie mówiąc, gdzie i po co jadę. Dopiero po jakimś czasie powiedziałem o tym rodzicom. Ojciec – pamiętam doskonale – jak mi powiedział: „Obyś nigdy nie żałował tej decyzji”. Dziś mogę powiedzieć, że tej decyzji nigdy nie żałowałem.

3. Mam rozumieć, że po szkole średniej nastąpił czas formacji seminaryjnej. O ile mi wiadomo na początku była to droga życia zakonnego, ale różne przeszkody nieco tę drogę pokrzyżowały. Niezależnie od tego wiemy, że czas studiów seminaryjnych, to bardzo ważny okres dla człowieka z wielu powodów. Proszę zatem powiedzieć, co było charakterystyczne w tym okresie życia dla Księdza Kanonika, jako alumna, ale też i jako młodego chłopaka?

Chciałbym zaznaczyć, że na początku rzeczywiście znalazłem się w Nysie u księży werbistów. Prowadzili wspaniałą formację opartą na twardych zasadach. Byli to kapłani, którzy z racji swego charyzmatu mieli za zadanie przygotowywać zastępy młodych osób do pracy misyjnej. Uczyli nas posłuszeństwa, pokory, ducha służby, poświęcenia. Organizowali 30 dniowe rekolekcje zamknięte, które wymagały wielkiego poświęcenia. Nie ukrywam, że dla młodego człowieka niejednokrotnie było to też nie lada wyrzeczenie. Ale to były dla mnie bardzo ważne wydarzenia. Niestety, ale tamte czasy, to także bolesna historia nie tylko dla mnie. Nastąpił czas kolejnego doświadczenia. Służba Bezpieczeństwa wyrzuciła z Nysy werbistów, zabrali seminaryjny dom. Podczas wakacji postanowiłem przejść do seminarium w Gorzowie Wielkopolskim. Tu ponownie spotkałem wspaniałych formatorów. Byli to księża misjonarze, którzy w tym czasie byli odpowiedzialni za prowadzenie seminarium duchownego. Odznaczali się wielką mądrością pedagogiczną, byli to ojcowie wyjątkowi pod względem charyzmatu pedagogicznego. Wychowali wiele pokoleń kapłanów. Wyjątkową postacią był ksiądz rektor Gerard Dogiel, z wykształcenia filozof. Prowadził z nami wykłady z różnych dziedzin. To był człowiek majestat cieszący się wielkim autorytetem. Myśmy często powtarzali, że, idąc do niego na rozmowę, należy przed nim klękać za jego mądrość, postawę życia.

4. Po przyjęciu święceń kapłańskich rozpoczęła się nowa droga, droga służby Bogu i ludziom. Minęło już trochę czasu od tamtych lat – drogi wikariusza, proboszcza. Na bazie własnego doświadczenia proszę powiedzieć, z jakiego powodu towarzyszyły chwile największej radości a jakie smutku?


Radością było to, że zostałem i jestem kapłanem. 20 grudnia 1958 roku przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk ks. bpa Wilhelma Pluty – był to jego pierwszy rocznik diakonów, którym udzielał święceń kapłańskich. Podczas wspólnego obiadu ks. bp przypomniał nam, że czekają na nas ludzie, kapłani proboszczowie. To był prawdziwy dzień radości. Ta radość mi wciąż przyświeca, towarzyszy w życiu codziennym do dziś. Były też inne radości związane z pracą duszpasterską, moją posługą wobec wiernych. Można by przywołać wiele takich wspaniałych przykładów. Zresztą każdy nowy dzień przynosi jakieś miłe chwile, niespodzianki. Natomiast, gdy chodzi o mniej radosne chwile, to doświadczyłem szczególnie jednej, która była dla mnie – jako młodego wówczas kapłana – bardzo przykrą. Otóż po święceniach otrzymałem od swego biskupa dekret, czyli skierowanie do pracy duszpasterskiej w parafii Nietkowice – niedaleko Zielonej Góry. W dwa dni po prymicjach otrzymałem list od mojego proboszcza, gdzie miałem podjąć pracę, w którym pisał, abym nie przyjeżdżał, gdyż mnie nie potrzebuje. Jednak posłuszny swemu biskupowi w dniu 5 stycznia 1959 roku pojechałem pociągiem do parafii. O północy przyjechałem na miejsce - do Nietkowic. Ku memu zdziwieniu czekało na mnie czterech mężczyzn, którzy zabrali mnie do siebie, twierdząc, że ksiądz proboszcz mnie nie przyjmie. Następnego dnia rano poszedłem do ks. proboszcza i w drzwiach plebanii oznajmił mi, że pisał do mnie list, abym nie przyjeżdżał. Ja odpowiedziałem, że odjadę tylko wtedy, jeśli ks. bp da mi stosowny dekret. Zamieszkałem z konieczności u pewnej rodziny. W najbliższą niedzielę ks. proboszcz, witając mnie, nie ukrył swego niezadowolenia z mego przyjazdu. Pracowałem tu 3 lata, a po 6 miesiącach ks. bp zamianował mnie tymczasowym administratorem tejże parafii. A więc nie było to zbyt radosne doświadczenie. Ale widocznie Pan Bóg wpisał w księgę mojego życia i taki epizod.

5. Moja obserwacja mi podpowiada, że Ksiądz Kanonik w swym zaangażowaniu, oddaniu dla spraw Kościoła, niejednego o wiele młodszego współbrata zawstydza. O ile mi wiadomo, wiele osób podziwia ten Boży entuzjazm w Księdzu Kanoniku. Proszę powiedzieć, z czego to wynika, co jest fundamentem takiej żywotności obecnie?

Żartobliwie rzecz ujmując, można powiedzieć, że to, iż mam żywotność, o której mówi ks. prof. to pewno cała „wina” jest po stronie Pana Boga. Taką naturą mnie obdarzył Pan Bóg. Dziękuję Mu za nią i staram się na miarę swoich możliwości podejmować wyzwania, jakie niesie codzienność, dziękować Mu i spłacać dług wdzięczności. Tu muszę stanowczo podkreślić, iż nie znoszę bezczynności. Bezczynność według mnie - to droga donikąd. Zawsze czekam na zaproszenie któregoś z kapłanów potrzebujących pomocy. Jest to dla mnie zawsze wielka radość, że mogę komuś pomóc.

6. Jest Ksiądz Kanonik świadkiem dzisiejszej sytuacji, różnych przemian zachodzących wokół nas. Jedni sobie cenią owe zmiany nazywając je postępem cywilizacyjnym, inni dopatrują się w nich wielu zagrożeń. A jak Ksiądz Kanonik ocenia tę dzisiejszą sytuację?

Ja – niestety – zauważam wokół nas wiele zła, które ma swoje źródło głównie na zachodzie Europy. Co prawda, wielokrotnie w krótkich odcinkach czasu pracowałem m.in. w Niemczech i zauważyłem tam też wiele pozytywnych elementów, to jednak, spoglądając generalnie, zauważa się wiele niepokojących zjawisk, ich rozwój. Zwykle tak bywa, że najczęściej szybciej swą drogę przemierza zło. Ta niby super nowoczesność i chęć posiadania doprowadziły do tego, że życie naszych wiernych na sprawy Boże staje się coraz bardziej obojętne. Coraz mniej mają czasu dla Pana Boga, zamykają się w sobie. Ich serca zamknięte, stają się oziębłe na Boga i człowieka. Ludzie zaczynają żyć obok siebie, nie znając siebie nawzajem. Zatem możemy powiedzieć, że sytuacja dzisiejsza z jednej strony jest pozytywna, ale płynie szerokim strumieniem także fala powodzi niszczycielskiej naszego ducha.

7. Nie chciałbym stawiać Księdza Kanonika w kłopotliwej sytuacji, ale rozmawiając z osobą tak o wielkim doświadczeniu życiowym, a z drugiej strony osobą tak trzeźwo, obiektywnie i krytycznie patrzącą i oceniającą świat, trudno nie zapytać, jak Ksiądz Kanonik wyobraża sobie najbliższą przyszłość Kościoła, Polski i Europy?

Jeśli chodzi o Kościół, mam mieszane uczucia. Wspomniałem wyżej o pewnym kryzysie Kościoła na zachodzie Europy. Jesteśmy świadkami wrogości i prześladowań Kościoła, opluwania go, dzieje się to coraz częściej w Polsce – rzekomo wolnej. Jesteśmy coraz częściej świadkami ogromnej napastliwości na Ojca Świętego, biskupów, kapłanów. To wszystko ma ogromne znaczenie w całym procesie wychowania młodego pokolenia. Te przykłady nie budują, ale rujnują pracę wychowawczą rodzin. Czasem zastawiam się, często pytam się samego siebie, czy świat się kiedyś zmieni a jeśli tak, to kiedy? Mamy coraz więcej kataklizmów, nieszczęść. Być może człowiek musi doświadczyć jakiegoś dna, by się opamiętał, by zawrócił z drogi prowadzącej donikąd. Moje pokolenie doświadczyło wojny, która sprawiła oprócz wielu negatywnych skutków, zbliżenie się ludzi do siebie, poczucia, iż są wobec siebie braćmi, są sobie potrzebni. Uważam, że najbliższe lata nie przyniosą nam znaczących zmian. W podświadomości czuję, że Kościół w Polsce będzie nadal odgrywał pozytywną rolę, stanie się bardziej duchowym przewodnikiem dla Europy, tak jak miało to miejsce w historii. Tego bym sobie i całej Ojczyźnie życzył.

8. W kontekście poprzedniego pytania, nie mogę postawić bardziej konkretnego, a raczej osobistego pytania. Trzeba by wobec Księdza Kanonika zacytować słowa św. Augustyna: „Niespokojne jest serce dopóki nie spocznie w Panu”. Nie wyobrażam sobie osoby Księdza Kanonika zupełnie wyłączonej z wielu obowiązków. Jakie Ksiądz Kanonik ma plany na najbliższe lata?

Mam nadzieję, że Pan Bóg pozwoli mi, abym jak tylko będzie możliwość, dalej służył Bogu i ludziom. Mam mocne przekonanie, że głoszone przeze mnie Słowo Boże dociera do serc i umysłów wielu. To jest moja największa radość. A jak długo tak będzie, to zależne jest już od Pana Boga.

9. Klasycznym a może standardowym moim pytaniem w wielu wywiadach jest, aby dowiedzieć się, czego dana osoba życzyłaby współczesnemu pokoleniu. Proszę zatem powiedzieć, czego by Ksiądz Kanonik życzył dzisiejszym kapłanom, ludziom świeckim?

Kapłanom życzę szczególnie przemyślanej modlitwy, a więc wpierw ukochania modlitwy brewiarzowej, na którą zawsze powinien znaleźć czas. Po święceniach uczyłem w szkole nauki religii mając tygodniowo 58 godzin, uczyłem w sześciu szkołach położonych na terenie trzech powiatów. Pomimo tak wielu godzin katechezy i innych obowiązków duszpasterskich, zawsze na modlitwę znajdowałem czas. Bez modlitwy, życie kapłańskie jest jałowe. Zatem życzę kapłanom, aby w ich życiu zawsze była obecna modlitwa. Z kolei osobom świeckim życzę, aby byli podatni na Słowo Boże, by je przyjmowali, medytowali i realizowali w codziennym życiu. Aby dali się prowadzić swoim duchowym przewodnikom.

10. Księże Kanoniku. Nigdy nie myślałem, że spotkam w swoim życiu tak pogodnego, oddanego, przykładnego i radosnego kapłana będącego w wieku emerytalnym. Podziwiam także giętkość języka, jaką Ksiądz Kanonik posiada – co zauważyłem m.in. podczas głoszenia Słowa Bożego. Proszę przyjąć w imieniu wszystkich Czytelników naszego portalu „Pedagogika Katolicka” wszystkiego najlepszego i dalszych lat służby dla dobra Kościoła - „ad multos annos” (wielu lat życia).

Wywiad z ks. kan. Zygfrydem Strokoszem przeprowadził ks. Jan Zimny w dniu 04.08.2012 r.

Do spisu treści

Z serca pochodzi serdeczność i miłosierdzie

Skończony okres oczekiwania. Możemy kolędować słowami: "Przystąpmy do szopy, uściskajmy stopy Jezusa maleńkiego, który swoje Bóstwo wydał na ubóstwo dla zbawienia naszego". On czeka na każdego: czy mu na sercu radośnie, czy smutno. Można tu przywołać sytuację opisaną w powiedzeniu "Gdy Bóg zamyka drzwi to otwiera okno", Bóg zawsze daje nową szansę życiową. Można też wspomnieć pewne wydarzenie z dzieciństwa. Dziecko ma opisać uroki zimy. Chętnie pisze wypracowanie o zabawach na śniegu i lodzie, o grudniowych świętach z różnymi przysmakami i prezentami, o pięknie przyrody i śniegowej gwiazdki oglądanej pod lupą. Dziadek, czytając radosną opowieść wnuka, zauważa, że nie każdy cieszy się zimą. Zaskoczone dziecko słyszy, że na przykład ludzie starsi obawiają się niebezpieczeństw na drodze, dolegliwości bólowych, a i zwierzętom jest ciężko, bo grożą im zimno i trudności w poszukiwaniu pokarmu. Racje są po stronie wnuka i dziadka. Tak po prostu bywa w życiu. Radość i pokój w sercu zapewniają nam dobre własne wybory oraz pomoc innym w ich kłopotach.

W betlejemskim żłóbku leży przed nami mały Jezus – Książę prawdziwego pokoju. Nie ogranicza On dostępu do siebie tym, którzy szukają " otwartego okna", bo zamknęły się przed nimi "drzwi". Każdy ma przed sobą drogę życiową, ale warto przyjrzeć się pewnej rzeczywistej historii.

Młody chłopak opuszcza dom rodzinny i z dala od niego znajduje swoje "miejsce na ziemi". Zakłada rodzinę, ciężko pracuje na jej utrzymanie. Choć daleko mu do emerytury musi korzystać z renty, bo choruje. Ma wsparcie w żonie i dorosłych córkach. Obydwie wychodzą za mąż, na świat przychodzą wnuki. Radość życia mąci cień kolejnej choroby. Młoda osoba ląduje na wózku. Ta sytuacja odbija się negatywnie na zdrowiu współmałżonka. Finał stanowi jednak nie rozwód a srebrny jubileusz małżeństwa. Jak to możliwe? Nieznane są motywacje tej pary. Widać tylko efekty ich poczynań. Oboje pracowicie gromadzą środki na utrzymanie, dużo podróżują, bo urzeka ich otaczający świat. Cieszą się z sukcesów syna. Mają dobre relacje z rodzicami z obydwu stron i z rodzeństwem. W trudnościach i w chorobie cała rodzina się wspiera. Nawet śmierć najbliższej osoby nie burzy tej harmonii.

Celebrowanie radosnych momentów życia, życzliwość dla innych i poczucie humoru pozwalają pokonywać trudy codzienności. Wyobraźnia podsuwa pomysł laurki w kształcie serca dla takich optymistów. Jak rozumieć ten popularny i nadużywany symbol? Już Pismo św. ponad tysiąc razy mówi o sercu. Odnosi się do przykazania miłości Boga i bliźniego. W tym kontekście SERCE oznacza całe JESTESTWO CZŁOWIEKA czyli wolę, umysł, uczucia i działanie. Ono pozwala realizować cel ludzkiego życia: "Będziesz miłował..." z akcentem na Boga i człowieka, nie odwrotnie.

Niech płynąca z serca SERDECZNOŚĆ towarzyszy każdemu zawsze i wszędzie, ale szczególnie w okresie, gdy Bóg się rodzi jako Syn Człowieczy. Jej wzorem są Maryja i Józef. Więzy łączące Świętą Rodzinę – według starej chrześcijańskiej legendy – trwają nadal po drugiej stronie życia. Tam czciciele św. Józefa szukają sekretnej furtki, gdzie ten wielki Patron przemyca dusze przed tron Maryi. Stamtąd już blisko do Jej Syna. Niech spadające gwiazdki śniegu przypominają nam o Świętej Rodzinie i Jej misji.

JK

Do spisu treści

Lekcja historii Śląska i Ślązaków

29 listopada w czernickiej filii Gminnej Biblioteki Publicznej w Gaszowicach odbyło się spotkanie autorskie z Mateuszem Paszendą, magistrem pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej.

Mieszkaniec Lysek pasjonuje się historią I połowy XX wieku, a w szczególności II wojny światowej oraz historii Śląska ze wspomnianego okresu. W książce wydanej przez Gminną Bibliotekę Publiczną w Lyskach pt. "Codzienność wojenna i powojenna Górnego Śląska w pamięci najstarszych mieszkańców" autor opisuje życie codzienne oraz losy wojenne członków rodzin osób badanych.

W opinii recenzenta, Prof. dr hab. Tomasza Tulejskiego, to książka wyjątkowa, pisze on - "Ten młody historyk zmierzył się bowiem z tematem rzadko goszczącym na kartach podręczników i w debacie publicznej. Jego pełne pasji wysiłki zmierzały bowiem do ocalenia tego, co nazywamy żywą historią, a więc wspomnień jej bezpośrednich świadków i uczestników. Nie jej głównych kreatorów, lecz zwykłych ludzi, których życie splotło się, często bez ich woli, z burzliwymi wydarzeniami lat 40-tych XX stulecia na Górnym Śląsku. Historia bowiem to nie tylko podręczniki, historia to przede wszystkim żywi ludzie, co dobitnie pokazuje monografia Mateusza Paszendy".

Dziękujemy uczestnikom spotkania za pozytywną odpowiedź na nasze zaproszenie, a Mateuszowi Paszendzie za zachęcenie do zapoznania się z publikacją o trudnej historii Śląska i Ślązaków . „Ślązacy są jak grusze na miedzy z korzeniami pod ziemią, ale rodzą owoce na dwie strony. Ciągłe bycie w kontredansie pomiędzy państwami oraz ideologiami wymusiło takie a nie inne mechanizmy przystosowawcze, objawiające się jednak w miłości do Heimatu – małej ojczyzny”. (Paszenda,2023s. 176-177)

 

Agnieszka Korbel
Justyna Niemczyńska

Do spisu treści

Nekrolog



Śp. Genowefa BISKUP
   (ur. 07.04.1947 / zm. 11.12.2023)

Wyrazy współczucia składamy: córce Beacie, córce Iwonie z mężem Robertem; wnukom: Michałowi i Amelii, siostrom Elżbiecie i Halinie z rodzinami, szwagierce Krystynie rodziną, szwagrowi Stanisławowi z rodziną, szwagrowi Zygmuntowi; kuzynkom i kuzynom z rodzinami
 

 


do spisu treści